Emocje – niezawodne wsparcie?


Kościołowi przydałaby się nowa encyklika, poświęcona relacjom zachodzącym pomiędzy wiarą a uczuciami – Fides et passio”, mówił tuż po wyborze Benedykta XVI w redakcji LISTU o. Wojciech Giertych OP, obecny teolog domu papieskiego.

Rozmawialiśmy wtedy o problemach związanych z emocjami, które w ostatnich latach mocno dały się Kościołowi we znaki. Chodziło zarówno o głośne odejścia z kapłaństwa, jak i o trudności ludzi świeckich, którzy chcieliby prowadzić głębsze życie duchowe. Ojciec Wojciech tłumaczył, że „nieufność wobec sfery emocjonalnej” pojawiła się w Kościele dopiero w wiekach nowożytnych. W wiekach średnich było zupełnie inaczej. Dla teologii średniowiecznej uczucia były istotnym elementem człowieka, a „psychologia uczuć jaką nam daje św. Tomasz, jest niezwykle optymistyczna”. W wiekach nowożytnych „uczucia, ponieważ wprowadzają nas w nieznane, zaczęły być traktowane jako niebezpieczeństwo. Ludzie świeccy może mniej zostali dotknięci przez podejrzliwość wobec uczuć. Ten klimat bardziej dotknął osoby żyjące e celibacie. Fala skandali wokół nadużyć seksualnych osób duchownych obnażyła niedawno ten problem. Reakcją na to w wielu krajach anglikańskich jest powrót purytanizmu. Księża boją się kontaktów z dziećmi. Nauczyciele, gdy musza przyłożyć plaster na skaleczone kolano dziecka, uważają, aby przypadkiem nie dotknąć ciała. Tym bardziej nie chcą przytulić, czy pocałować zapłakanego dziecka. Pan Jezus obejmował dzieci, nakładał na nie ręce, nie bał się serdeczności. W wielu krajach świata Kościołowi zagraża raczej lodowaty chłód sztywnego duchowieństwa niż ewentualne procesy sądowe”.

Z jednej strony mamy nieufność wobec emocji, gdyż, jak wskazuje o. Wojciech brak jest głębszej refleksji „na temat miejsca życia emocjonalnego w życiu duchowym”, a z drugiej w życiu społecznym i zawodowym mamy wykorzystywanie ludzkich uczuć do granic możliwości. Emocje często stają się dopalaczem. „Zburz zasieki prowadzące do sukcesu”– krzyczy napis na ulicznym plakacie. „Obudź w sobie olbrzyma, wykorzystuj swoje emocje i miej wpływ na swoje uczucia, kształtuj swoje przeznaczenie, naucz się panować nad emocjami, pielęgnuj twórczą wizję” – dopowiadają tytuły książek w księgarskich witrynach. Warsztaty, szkolenia, seminaria, na których, według zapewnień organizatorów, można „dokonać zmiany w dowolnym aspekcie życia”, stały się codziennością. Często pracodawcy serwują je swoim pracownikom. Wszystko po to żeby sprawniej działali. Bo działanie jest dziś w najwyższej cenie. Wielu osobom wydaje się, że stosując najnowsze metody można poradzić sobie nawet z największym wypaleniem. A wypalenie przychodzi dziś zaskakująco szybko.

To też jest jakiś obraz samotności współczesnego człowieka. Z jednej strony lęk przed emocjami w stosunku do drugiego człowieka, z drugiej forsowanie takich własnych emocji, które pozwalają działać, możliwie jak najbardziej sprawnie.

A gdyby zostawić te „najnowsze metody” psychologiczne i zapytać po prostu: czy łaska sakramentalna leczy chorą uczuciowość? Albo, dlaczego nie leczy? Czy ludzie z wielkimi problemami emocjonalnymi, które prowadzą do narkomani, alkoholizmu, homoseksualizmu i w efekcie do rozpaczy, mogą wyrwać się z tego dzięki wrażliwości i sile jaką daje życie wiarą? Jakie zasady, czy prawa (w sensie religijnym) działają wewnątrz ludzkiej emocjonalności?

Myślę o tym patrząc na to szaleństwo emocji, jakie panuje wokół.

(LIST 05/2005 i 06/2008)